|
Użytkownik
Dołączył: 08.03.2007
Postów: 170
|
Powolny konsul
Opowiadanie kolegi:
|
|
Napisane przez :
|
Poniższa opowieść została zainspirowana moimi doświadczeniami z przejmowaniem osad. Ten, kto próbował, zrozumie.
"Bogowie, chrońcie nas przed konsulami!" (tytul zmieniony z: POWOLNY KONSUL)
Gdzieś na równinach regionu południowo-wschodniego, 51 dzień od założenia Republiki Wielkiej Okaryny...
Dochodziło południe. Dwanaście setni doborowych ekwitów cezariańskich w pełnym opancerzeniu prażyło się w gorącym italskim słońcu. Towarzysząca im piechota wcale nie miała się lepiej, co łatwo było poznać po skroplonych potem czołach i nerwowym pobrzękiwaniu bronią w szeregach.
- Czemu, na Jowisza, nie ruszamy? - nie wytrzymał jeden z centurionów.
- Nie było rozkazu wymarszu - odparł ze stoickim spokojem dowódca piechoty.
- Nie dał go od trzech dni! Trzy dni obozujemy jak banda głupców w środku niczego! Co ten staruch sobie myśli?
- Nie staruch - poprawił go dowódca - lecz wielmożny konsul Publiusz Maksimus Anus. Lepiej o tym pamiętaj, Scypionie.
- Wszystko jedno! Jeśli przez trzy dni każe nam smażyć się na tej patelni bez żadnego powodu, to dla mnie jest tylko głupim staruchem, choćby zwał się i Romulusem...
* * *
- Wielmożny panie - zaczął nieśmiało, jak na zaprawionego w bojach rzymskiego żołdaka, trybun dowodzący jazdą - kiedy możemy spodziewać się rozkazu wymarszu? Wojsko zaczyna się niecierpliwić, dyscyplina upada...
Publiusz Maksimus Anus z niechęcią oderwał wzrok od czytanego pergaminu. Treść pytania dotarła do niego dopiero po dłuższej chwili. Westchnął i skinął na wachlującego obok niewolnika, by wzmożył swe wysiłki. Upał zaiste dawał się we znaki.
- Nie podjąłem jeszcze decyzji. Pogoda nie sprzyja forsownym marszom, zaś sytuacja wymaga opracowania szczególnej strategii, trybunie.
"Cholerny dziadu - pomyślał stary ekwita. - Noszą cię w lektyce, wachlują, pewnie nawet sam się nie ubierasz. Nie poznałbys forsownego maszu, choćby wyskoczył z krzaków i kopnął cię w ten tłusty zad."
- Jak każesz, panie - rzekł i wyszedł z namiotu.
* * *
- Co znowu? - jęknął Scipio. - To chyba już czternasty postój dzisiaj. W tym tempie nie dotrzemy przed zimą. Co on tam robi, kwiatki wącha?
- Więcej dyscypliny, centurionie! - warknął dowódca manipułu.
- No właśnie - warknął Scipio. - Jestem centurionem, a nie pasterką zbierającą fiołki na łące. Umiem maszerować, ale nie spacerować! Piętnaście lat służę w wojsku i nigdy się tak nie wlokłem. Przez ten czas moglibyśmy dotrzeć do przeklętej Kartaginy!
* * *
Wczesnym wieczorem pod murami atakowanej osady złożono dziękczynną hekatombę Marsowi. Scipio uznał to za słuszne, bo choć nie zaczęli jeszcze nawet natarcia, trudy wędrówki nie dały się tak we znaki chyba nawet samemu Eneaszowi. Dotarcie tu należało odpowiednio uczcić.
W obozie Rzymian panowała atmosfera podniecenia i radosnego wyczekiwania. Żołnierze spodziewali się rychłej walki. Głosy nielicznych sceptyków na razie utonęły w ogólnej euforii.
* * *
- Kiedy atakujemy, panie? - trybun dawno stracił nadzieję na konkretną odpowiedź i tylko z przyzwyczajenia zadał pytanie. "Który to już dzień? - zastanowił się - piąty? szósty?".
- Nie będziemy atakować - odrzekł z namysłem Publiusz Maksimus Anus. - Wymową i retoryką przekonam mieszkańców, aby puścili w niepamięć swe marne życie pod rządami ciemnych despotów i przyjęli światło Wielkiej Okaryny oraz cywilizację, którą im przynosimy.
"Gadaj zdrów, dziadu - pomyślał trybun. - Mam nadzieję, że obrzucą cię gnojem". Głośno jednak powiedział tylko:
- Ku chwale Rzymu i Wielkiej Okaryny!
* * *
- O ludu... - rozpoczął z namaszczeniem przemowę konsul - hmm, jakże zwie się ta osada? - zagadnął szeptem.
- Remy Bonjawski - z trudem wymówił barbarzyńską nazwę legat.
- Ludu Remy... - podjął mówca, lecz nie dane było mu skończyć, bowiem w tej właśnie chwili wystrzelone z katapulty łajno trafiło go prosto w twarz i samym impetem obaliło na ziemię.
Cztery tysiące bezgłośnych uśmiechów w jednej chwili rozpromieniło oblicza wojowników niezwyciężonej Okaryny. "Dzięki wam, bogowie - modlił się w myślach stary trybun. - Teraz wiem, że istniejecie".
- Wracamy! - krzyczał nieco bełkotliwie upaćkany zwierzęcymi odchodami Publiusz Maksimus Anus. - Moja noga nie zostanie na tej podłej ziemi ani chwili dłużej!
* * *
- Tym razem nie będzie przemów? - upewniał się Scipio. - Wyrżniemy barbarzyńców w pień i zakończymy ten żenujący spektakl?
- Wiem tyle, co i ty - wzruszył ramionami Korneliusz. - Ale nie robiłbym sobie zbyt wielkich nadziei.
* * *
- Mieszkańcy osady Remy Bonjawski - zagaił donośnie Publiusz Maksimus Anus, przezornie otoczywszy się dwiema dziesiątkami centurionów wyposażonych w tarcze chroniące przed zdradzieckim atakiem obleganych - przybywam do was z Wielkiej Okaryny...
- Więc wracaj, skąd przybyłeś! - rozległo się zza murów. - Mamy tu świniopasów czystszych od ciebie!
- Chędoż się, bucu! - wrzasnął ktoś mniej pomysłowy.
- Szkoda na ciebie gnoju!
- Okaryna - bździna!
To ostatnie przesądziło sprawę. Purpurowy z wściekłości konsul odwrócił się do wojska. Żołnierze z ogniem w oczach położyli dłonie na orężu, lecz usłyszeli tylko:
- Zarządzam odwrót!
* * *
Upalne w tych stronach lato stopniowo przechodziło w złotą, ciepłą jesień. Duszny skwar w połączeniu z wolno roszącym ziemię ciężkimi kroplami wieczornym deszczem znacznie utrudniał samotną wędrówkę przez bezdroża. Stękając i oddychając z wysiłkiem, niewolnicy mozolnie dźwigali przez niskie zarośla samotną lektykę, z której rozlegał się gniewny i dość bezładny monolog konsula.
- Tchórzliwe psy! Opuścili mnie w potrzebie! Mnie, konsula! Niegodni są miana żołnierzy Okaryny! Zapłacą mi za to...
Nagle przerwał, nadstawiając uszu. Po chwili przekonał się, że słuch go nie mylił. Gdzieś z głuszy rozległo się wycie, a zaraz po nim kolejne, jakby bliżej.
Publiusz Maksimus Anus zadrżał i krzyknął:
- Szybciej, niewolnicy! Hej, dokąd to? Wracajcie, nędzne psy! Jak śmiecie...
* * *
- Co się stało z tamtym? - zapytał Scipio na jednym z licznych postojów podczas kolejnej wyprawy.
- Szlag trafił dziada - filozoficznie odparł Korneliusz. - Psy rozwłóczyły ścierwo, a kości bieleją gdzieś na pustkowiu. Żałujesz?
- Cóż. Patrząc na nowego konsula, zaczynam...
* * *
- Żołnierze! - zagrzmiał Gajusz Okaryniusz podczas jednej z niezliczonych mów, które wygłaszał z upodobaniem przy każdej okazji. - Słuchajcie! Za nami stoi potęga i powaga Wielkiej Okaryny, przed nami zaś nie ma nic! Dziś nędzni i nieokrzesani barbarzyńcy tarzają się w błocie ze swymi zapchlonymi kundlami, jutro zaś ta osada może stać się częścią wielkiego Imperium, opromienioną światłem niedoścignionej kultury i cywilizacji, nieznanej ich przodkom. Naszym zadaniem jest nie krwawy podbój, lecz nakłonienie ich, by porzucili swe przesądy i wybrali przyszłość!
"Pieprzysz, dziadu - pomyślał ze smutkiem stary trybun. - Przyszłość należy do szybkich, a w tym tempie Republika upadnie, zanim zajmiemy tą chędożoną osadę".
- Niech żyje Okaryna! - konsul najwyraźniej dopiero się rozkręcał. - Naprzód żołnierze, ruszamy, świat należy do nas! A poza tym sądzę, że multikonta należy zniszczyć - dodał, jak miał od dawna w zwyczaju.
Nie wyruszyli jednak ani tego dnia, ani przez wiele następnych.
* * *
- Samobójstwo? - upewniał się legat, zastępujący konsula, który nie zakończył jeszcze porannej mowy do wojska. - Jesteście pewni?
- Widzieliśmy na własne oczy, panie - odrzekł jeden z centurionów. - Nim Scipio rzucił się na swój miecz, urągał straszliwie Republice, bogom, a najbardziej wielmożnemu konsulowi.
- Tchórz - ocenił oficer - wybrał łatwą drogę. Ale, psiakrew, jakże ja mu zazdroszczę...
|
Opowiadanie jest autorstwa kolegi, jak juz wspomnialem:) Poglady na temat miltikont mamy podobne.
Natomiast jesli chodzi o tytul, to faktycznie nie jest zbyt udany... ale powstal w 5 sekund. Calosc w godzine plus koerkta pol godziny.
Nowy tytul dla tego opowiadania moglby brzmiec np.: "Bogowie, chrońcie nas przed konsulami"
Multikonta delenda sunt!, Najwytrwalszy obronca 2ed. plx. Trzy wygrane edycje serwera Speed^^.
Sojusze plx: Jugo-WoS+EC SS; ~eX Jugo+~eX; LO~eS+LO~AoD .
Ostatnio edytowane przez Maximillian Banarc : 22.04.2007 o 04:13.
|