|
|
#1 |
|
Nowy użytkownik
|
Lasy spłonęły już jakiś czas temu. Wokół galijskiej osady Tarkoni, rozciągał się teraz krajobraz pogorzeliska, upstrzony kikutami nadpalonych drzew i ruinami gospodarstw tamtejszego chłopstwa. Z palisady na wzgórzu przyglądał się temu Lord Dramot, pan na Tarkoni, wciąż dumny choć prawie pokonany przez napastliwych Rzymian, którzy już wiele nowiów księżyca temu, ośmielili się wejść do świętych Druidzkich Puszcz, karmiąc ziemię krwią Galów i prochem pogorzelisk. Pamiętał dobrze twarz Lajtolda, wodza tych legionów, gdy w jego zamczysku starał się prowadzić z nim rozmowy pokojowe - pamiętał jej grymas szyderczego uśmiechu, płonące przebiegłe oczy. Na pożegnanie Lord rzucił mu wtedy kilka soczystych galijskich przekleństw, bo wyczuwał prawdziwe uczucia rzymianina względem jego narodu, choć ładnie maskowane w słowach – tamten nie miał Galów za przyjaciół, za godnych sojuszników, nawet za sąsiadów. Pokój daleki był sercu Lajtolda, a Galowie byli co najwyżej zwierzyna łowną. Teraz sidła były już zastawione, partia prawie rozegrana do końca, zwycięsko dla rzymian. Na szachownicy pozostał tylko Dramot i jego styrana osada, z łataną zbyt często palisadą i zdziesiątkowanymi obrońcami. Lord patrzył przed siebie, żałując że tolerował, wbrew zdrowemu rozsądkowi, rzymskie osady w sąsiedztwie Tarkoni. Teraz ten błąd zebrał już krwawe żniwo i przyniesie mu dziś druzgocący koniec – na horyzoncie widać już było chmurę kurzawy, to nie był dym wygasłych popiołów, ale pył wzbijany przez stopy legionistów Lajtolda.
- Koniec jest bliski, lecz przynajmniej polegnę w boju – pomyślał i choć marna to była pociecha to dawała jakąś nadzieje na godną śmierć. Musiał tylko uważać by nie dostać się żywcem w ręce wroga. Wiedział jaki los czeka takich jeńców - ku uciesze rzymskiego plebsu ginęli jak zwierzęta na arenach imperium. Dramot pospiesznie myślał nad tym co mógł i co zrobił, dla swojej ojczyzny i poddanych mu ludzi. Grodzianie zostali ewakuowani w pobliskie góry, tylko jego żona..... Z pomiędzy dwóch wzniesień, na równinę przed grodem wylała się nagle rzeka ludzkich ciał. Do uszu galów dochodził już miarowy grzmot kroków nadciągającej armii – łup, łup, łup. Liczebność rzymian nie pozostawiała złudzeń na czyją korzyść rozstrzygnie się ta bitwa. Na ramieniu Lord poczuł czyjś dotyk - była to dłoń Wolina, jego wiernego przyjaciela. Patrząc zatroskanymi oczami i siląc się w tej niezbyt szczęśliwej dla nich wszystkich sytuacji, na uśmiech, powiedział: - Dramocie Gabriela powiła ci syna – w innych okolicznościach Gal skakał by pewnie z radości niepomny swego statusu, teraz jednak uśmiechną się tylko i ruszył za przyjacielem by przywitać swego potomka na tym świecie. Kiedy przybyli na miejsce narodzin, małżonka Lorda spała na sianie, zupełnie wycieńczona porodem. Biorąc na ręce swego syna Dramot rzekł – Powinieneś był rodzić się w atłasach i przepychu zamku twego ojca. Zgotowałem ci jednak wojnę i z majątku pozostała ci ta stodoła chłopcze. Dam ci na imię mój "galu banito", Sartor –nowy początek. Obyś urósł silny jak niegdyś silne rosły drzewa w naszym świętym druidzkim lesie. – potem podszedł do Gabrieli, przyklękną i ucałował ją w jej słodkie usta. - Jest nieprzytomna panie. To był ciężki poród, ale nie ma się czym martwić – Pani na Tarkoni dojdzie do siebie. – Powiedział szaman. Dramot wstał i tonem rozkazu, zwrócił się do swego przyjaciela: - Wolinie weź ze sobą medyka, sześciu najlepszych ludzi i zabierzcie stąd moją żonę i syna. Udajcie się na wschód. Tam na bezludnych ziemiach znajdziecie najpewniejsze schronienie. Nie budźcie Gabrieli to rozstanie nie posłużyło by jej zdrowiu. Przyjaciele uściskali się jak bracia, potem w wielkim pośpiechu wyniesiono ukradkiem z Tarkoni, Sartora i nieprzytomną Gabrielę. Kiedy Lord patrzył jak jego bliscy znikają pośród nadpalonych zagajników, za jego plecami oficer meldował: - Rzymianie nie rozbili obozu – chcą nas wziąć za jednym razem. Rozstawiają katapulty i podciągają tarany. Jesteśmy gotowi do ostatniej obrony Wodzu. - Dziękuję Korgaldzie. Walka u waszego boku będzie dla mnie zaszczytem. Potem kolejny raz przed i za murami grodu rozpętało się piekło. Ogniste pociski z rzymskich katapult paliły resztki ocalałych za umocnieniami budowli. Tarany szturmowały trzy z czterech bram grodu. Choć w tych miejscach obrona była zaciekła, to zdruzgotanie którejś z tych wierzei było tylko kwestią kilku najbliższych chwil. Łucznicy wroga zasypywali palisadę pociskami, odpowiadały im coraz mnie liczne łuki Galów. I stało się padła jedna z bram. Przez wyrwę w umocnieniach wsypali się legioniści i nieliczna konnica. Kto jak kto, ale rzymianie znali się na szturmowaniu i szybko zajmowali kolejne posterunki twierdzy. Padła kolejna brama i wtedy oczy galów zwróciły się na północ. Wzbijając tumany kurzu, nadciągały stamtąd jakieś oddziały. Czyżby armia obiecana przez wielkich możnowładców zakonów rycerskich, albo posiłki galijskiej ligi sprzymierzonych lordów, których tyle czasu bezskutecznie wyglądali? Nadzieje okazały się płonne. Z bliższej odległości, oddziały okazały się rzymskimi wojownikami. Na nikogo nie licz gdy idzie o wojnę z legionami – pomyślał Dramot, a myśl ta w chwili ogarniającej go beznadziejności, w brew rozsądkowi, dodała mu nadludzkiej siły i zawziętości. Szał który wymalował się na jego twarzy, mógł przerażać i przerażał przeciwników. Trupy zaczęły padać pod ciosami jego miecza, jak kłosy siana pod kosą żniwiarza. Widząc przemianę swego wodza, Galowie też popadli w ten amok, miotając się ze wściekłością rannego niedźwiedzia. Rzymianie zaskoczeni tak zaciętą obroną zaczęli ustępować. Nie na długo jednak - do północnej bramy gdzie bronili się ostatni Galowie dotarły rzymskie posiłki, walka nie trwała już długo. Dramot, rzucając się w biegu na nadciągających centurionów, poczuł kłujący ból w piersi. Chwile potem znikły obrazy kotłujących się w bitwie ciał, a on biegł przez zielone trawy, otoczony bajecznymi krajobrazami, patrząc na nie z niedowierzaniem. Zatrzymał się - przed sobą ujrzał las pełen rozłożystych wielkich dębów. Na skraju puszczy stali jego przodkowie wyciągając dłonie w geście powitania.... Ostatnio edytowane przez GalAnonim : 30.04.2007 o 21:41. |
|
|
|
|
#2 |
|
Nowy użytkownik
|
Podobało mi się , trochę literówek, ale ogólnie OK.
|
|
|
|
|
#3 | ||||
|
Nowy użytkownik
|
Sprawdziłem go już i poprawiłem - teraz powinno być ok (nie tylko literówki się znalazly, ale także pwtórzenia, przecinki i kropeczki itp). Ewentuallllllnie, może być jeszcze coś nie tak z interpunkcją. |
||||
|
|
|
|
#4 |
|
Nowy użytkownik
|
początek genialnie, później gorzej określenie skakał by z radości troszeczkę nie trafione i scena śmierci brakuję trochę flaków cierpienia jakiegoś hardcorowego kopa:D , zakończenie świetne:)
p.s ucałował ją w jej słodkie usta --- scenka jak w melodramacie:D ale szacunek za opowiadanko fajne ![]()
|
|
|
|
|
#5 |
|
Nowy użytkownik
|
Życie i takie sceny każe nam oglądać, a jak chcesz więcej flaków to jedź do rzeźni, albo pograj w jakieś strzelanki. Poza tym, mimo wszystko, dziękuję za uwagi. Trzymaj się.
|
|
|
|
||||||
| Narzędzia tematu | |
|
Podobne tematy
|
||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni post |
| Jeńcy a śmierć głodowa | dziama | Archiwum forum | 6 | 22.06.2007 09:56 |
| Śmierć Gala-Nowy początek | patryks | Archiwum forum | 6 | 02.05.2007 13:03 |
| Rozwiąż -> Uśmierć (lub etc) | Ishyrion | Archiwum pomysłów | 6 | 23.11.2006 15:57 |